Przyłożyłam dłoń do skroni. Słońce piekło niemiłosiernie. Gdybym nie miała ze sobą mojej jedwabnej, aksamitnej parasolki, pewnie bym się spaliła. Dosłownie. Zaczęłam kaszleć. Nie, promienie słońca zdecydowanie mi nie służyły. Musiałam uciekać. Jeszcze raz wytężyłam wzrok. Coś w odległości... kilometra i 283 metrów stało i bezczelnie się na mnie gapiło. Moim super nadnaturalnie szybkim sprintem znalazłam się w odległości 25 metrów od postaci. Słońce świeciło mi centralnie w oczy i nie mogłam dostrzec szczegółów, kim była owa istota. Zawołałam hardym głosem:
- Kim jesteś, co ty robisz i gdzie się znajduję?
Ktoś dokończy, proszę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz